-no tak, mamo, ale..
mogłam, dobrze o tym wiem. pierwsze zamiary nauki w innym mieście były wczesną chęcią wyrwania się, z tego miejsca, domu. okres buntu namieszał w głowie i mnie, i rodzinie, może też przypadkowemu otoczeniu. a później pojawili się ludzie, z którymi zaczęłam rozmawiać. potrafiliśmy i potrafimy, choć już rzadziej, rozmawiać ze sobą, nie mówić do siebie, zwyczajnie i nie - rozmawiać. nauczyli jak ufać, podnieśli dobre parę razy z poziomu chodnika, nakopali do dupy i popchnęli do przodu.
tak naprawdę nie wiem gdzie bym teraz była, kim była, jak była i czy w ogóle była, gdyby nie oni. tutaj zupełnie nie trzeba wzniosłych słów, patosu, całej tej górnolotnej otoczki.
nie karmiliśmy się tym.
myślę też, że właśnie ten moment, w którym pojawili się w progu mego życia [nawet dosłownie], byłby punktem zaczepienia w `butterfly effect. dlatego też chodzę po korytarzach tego ogólniaka, nie innego. dlatego też wciąż poznaję interesujących ludzi w mieście, w którym podobno już każdy każdego poznał. dlatego też ułożyłam sobie wstępnie świat, układam go codziennie, i przede wszystkim chcę go układać. a moje marzenia, ideały, wiara, pchają do przodu i zobowiązują do grania z losem w karty.
te miaste lubię głównie za ludzi, których pozwoliło mi poznać. wcale nie za małomiasteczkowość, którą nas tu karmią, nie za widoki, brak perspektyw, ograniczenia wszechogarniające. za tych, którzy się tu urodzili, przyjechali, są, byli, bywają.
za ludzi, którzy wpłynęli na kształtowanie mojej osobowości.
a niech inni narzekają, że taka albo i nie,
tutaj wstaw mój uśmiech i słowo - dzięki.
tutaj wstaw mój uśmiech i słowo - dzięki.